logo
WIEDZA
Polska reklama i poligrafiaWIEDZA

Czy w ACTA chodzi o prawa autorskie?

   27.01.2012, przeczytano 6389 razy
ilustracja
fot. Rick Hawkins

Zmierzch epoki przemysłowej zapowiadał koniec monopolu na dystrybucję własności intelektualnej. Upowszechnienie dostępu do internetu przyniosło w tej dziedzinie rewolucyjną zmianę: dystrybucja treści stała się możliwa bez udziału nośników, których wytwarzanie i sprzedaż kontroluje biznes oparty o drukarnie, tłocznie płyt, nadajniki i rozbudowane zaplecze logistyczne. W krótkim czasie cała ta machina zaczęła być anachroniczna. Internet pozwolił twórcom na docieranie do odbiorców i fanów z ominięciem pośrednictwa tradycyjnych wydawców.


Artykuł pochodzi z portalu Signs.pl: https://www.signs.pl/czy-w-acta-chodzi-o-prawa-autorskie,14467,artykul.html

To się nie mogło dobrze skończyć: konflikt był nieunikniony. Jesteśmy dziś świadkami zaogniającego się starcia dwóch modeli biznesowych, radykalnie różniących się podejściem do zasad dystrybucji własności intelektualnej. To prawdopodobnie jedno z najważniejszych przesileń decydujących o przyszłym kształcie nie tylko kultury masowej, ale także całego otoczenia kulturowego, społecznego i cywilizacyjnego.

Tradycyjny przemysł nadal stara się wytwarzać i sprzedawać na masową skalę nośniki treści. Dzięki bardzo limitowanemu dostępowi do środków ich produkcji i dystrybucji (prasa, płyty, sygnał TV) biznes ten do niedawna skutecznie realizował model finansowania bazujący na opłatach nakładanych na użytkownika końcowego.

Mandat do obarczania opłatami końcowego odbiorcy wyczerpuje się jednak tym wyraźniej, im więcej przybywa nowych, alternatywnych przedsięwzięć oferujących bezpłatny dostęp do treści. Choć najczęściej nieporównanie słabsze ekonomicznie, projekty te okazały się jednak zdolne zagrozić interesom rozrywkowo-medialnego establishmentu, odbierając mu nie tylko część klienteli, ale także zmieniając spojrzenie odbiorców na problem kosztów dostępu do własności intelektualnej.

I chociaż pomimo badań pokazujących zdecydowaną niechęć internautów do płacenia za treści sprzedaż tych ostatnich rośnie, jest oczywiste, że nie jest to wzrost satysfakcjonujący tradycyjnych wydawców, próbujących swych sił w środowisku internetowym. Alternatywne przedsięwzięcia wydawnicze – niekomercyjne albo bazujące na finansowaniu wyłącznie przez reklamodawców i sponsorów - stanowią dziś realną siłę ekonomiczną, ograniczającą możliwości sprzedaży w internecie produktów i treści finansowanych z kieszeni odbiorcy końcowego.

Światy równoległe

O tym jak postrzegane są przez tradycyjnych wydawców przedsięwzięcia oferujące bezpłatny dostęp do treści miałem okazję przekonać się osobiście, przy okazji dyskusji z szefem jednego z uznanych tytułów drukowanych poświęconych grafice komputerowej. Wprawdzie magazyn ten był zainteresowany odpłatnym reklamowaniem naszego portalu na swych łamach, ale już współpraca z tym wydawnictwem okazała się niemożliwa. Wyjaśniono mi, że reprezentowany przeze mnie model biznesowy godzi w najbardziej żywotne interesy tradycyjnych wydawców, którzy przez takich jak ja nie mogą już uczciwie zarobić na swoje utrzymanie. Fakt, że nasz serwis nie pobiera opłat za dostęp do treści został mi wytknięty w taki sposób, że poczułem się potraktowany niemal jak przestępca albo pirat.

Konfrontację tą przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Oprócz zaskoczenia i niedowierzania było coś jeszcze. Zacząłem rozumieć, że pewna część tradycyjnych wydawców nie dostosuje się nigdy do nowych warunków nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że nie chce! Nowe, cyfrowe otoczenie stanowi w ich mniemaniu zamach nie tylko na fundamenty biznesu, ale wręcz – na podstawy systemu wartości.

Przyszło mi wówczas na myśl pytanie, czy znajdujący się w tym gronie światowi potentaci, dysponujący olbrzymim majątkiem, wpływami, koneksjami – czy całe to korporacyjne towarzystwo będzie się spokojnie przyglądać rozpadowi swego imperium? Jak daleko mogą się posunąć aby utrzymać status quo? Odpowiedź przyszła szybciej niż mogłem się spodziewać – wraz z wypłynięciem na forum publiczne nowego pojęcia: ACTA.

ACTA – witajcie na widelcu!

Co ACTA ma wspólnego z konfliktem konkurencyjnych pomysłów na finansowanie dystrybucji własności intelektualnej? Gdy tylko przeanalizujemy w kogo uderzają, a kogo faworyzują zapisy porozumienia, sytuacja zacznie się szybko klarować. Dokument wymusza przede wszystkim taki kierunek interpretacji przepisów krajowych, który w niespotykany wcześniej sposób rozszerza zasady odpowiedzialności za naruszenia praw autorskich. Rozszerzenie to dotyka najboleśniej media bazujące na treściach generowanych przez użytkowników – a więc niemal wyłącznie przedsięwzięcia oparte o bezpłatny dostęp do treści.

Zapisy umowy są tak skonstruowane, że praktycznie nie ma możliwości, aby zapewnić sobie spokojny sen. Obowiązująca dotychczas zasada, że wydawca ponosi odpowiedzialność za treści naruszające prawo tylko wówczas, gdy o takim naruszeniu wiedział i odmówił interwencji, idzie w odstawkę. W jej miejsce zostaje postawiony wymóg prewencyjnego monitorowania treści zamieszczanych przez użytkowników i ich oceny pod kątem możliwych naruszeń praw autorskich. Jest on z oczywistych względów niewykonalny. Nie ma takiego zespołu ekspertów, który dałby komukolwiek gwarancję, że takie czy inne treści zaanonsowane w serwisie, podlinkowane podczas dyskusji na forum itp. nie staną się za jakiś czas przedmiotem czyichś roszczeń.

„Na widelcu” zostają w ten sposób wystawieni nie tylko wydawcy, ale wszyscy uczestnicy rynku wymiany treści objętych prawem autorskim – także twórcy i odbiorcy nie mogą być pewni „dnia ani godziny”. Każdy, w każdej chwili i z byle powodu może zostać „odstrzelony”, stając się ofiarą represji mających zabezpieczyć czyjeś rzekome prawa lub pokryć rzekome straty.

Upadek Rzymu i domniemanie winności

Jakiej winności! - zapytacie? Podstawowa zasada państwa prawa, sięgająca korzeniami jeszcze prawa rzymskiego, to przecież domniemanie niewinności!
- Noo... może i tak było - przyznają Wam autorzy ACTA niechętnie. - Ale teraz już nie będzie! - dodadzą szybko, ucinając dyskusję. Rzym upadł już dawno temu, no nie?

Drugi bulwersujący aspekt zapisów ACTA wiąże się właśnie z określeniem „rzekome”. ACTA narzuca taką wykładnię przepisów, aby dla uruchomienia represji nie było konieczne udowodnienie naruszenia prawa, a nawet wysłuchanie obwinionego! Wystarczy „domniemanie” aby bez sądu i rzetelnej oceny sytuacji przystąpić do stosowania „szybkich środków tymczasowych”, wśród których znajdziemy m. in. „konfiskatę lub innego rodzaju przejęcie kontroli nad podejrzanymi towarami oraz nad materiałami i narzędziami związanymi z naruszeniem”.

Czarodzieje z Hollywood?

Podsumujmy dotychczasowe spostrzeżenia ilustrując je przykładem. Grafik zaprojektował krój pisma i wygenerował fonty, które udostępnił w sieci opatrując licencją typu freeware. Użytkownicy portalu takiego jak nasz wymienili na jego łamach informację o foncie, zamieszczając link i pobierając zgodnie z prawem i postanowieniami licencji oprogramowanie na własny komputer. I co? Po podpisaniu przez Polskę umowy wszyscy po kolei: autor fontu, dostawcy usług internetowych, właściciel serwisu, nawet użytkownicy pobierający pliki – wszyscy narażeni są na kłopoty jeżeli za kilka lat okaże się, że np. któryś z domów typograficznych dopatrzy się zbytniego podobieństwa do jednego z komercyjnych krojów i oskarży autora projektu o plagiat.

Efekty ryzyka, jakie dla wszystkich tych stron stwarzają zapisy ACTA są łatwe do przewidzenia:

  • Autor fontu zastanowi się 10 razy zanim zaryzykuje udostępnienie czegokolwiek.
  • Z tych samych powodów wydawca serwisu mocno zastanowi się czy warto prowadzić przedsięwzięcie zamienione przez zapisy ACTA w rodzaj tykającej bomby, mogącej w dowolnym momencie doprowadzić go do bankructwa.
  • Być może w podjęciu decyzji zechce wydawcy pomóc dostawca usług internetowych, odmawiając z obawy o własne bezpieczeństwo hostowania serwisu zawierającego forum dyskusyjne, blog lub pozwalającego na zamieszczanie komentarzy.
  • Na koniec użytkownicy – nie każdy zechce ryzykować, że zostanie uwikłany w śledztwa i procesy, a jego dane wylądują w rękach prywatnych firm i ludzi, o których wiadomo tylko tyle, że zgłosili domniemanie naruszenia rzekomych praw autorskich... Niektórzy zdecydują się dla świętego spokoju na zakup produktów komercyjnych.


Czary! - zakrzyknie ktoś w uniesieniu, zauważając w jak logiczny ciąg konsekwencji obraca się sposób interpretowania prawa narzucony przez ACTA. Krok po kroku rzeczywistość wraca na stare, dobre (dla tradycyjnego kartelu biznesowego) koleiny – i to bez żadnej odgórnej cenzury, bez zmieniania krajowego prawa! Z rynku znikają treści dostępne bezpłatnie, robiąc miejsce dla produktów finansowanych z kieszeni odbiorcy. Producent komercyjnych fontów może odetchnąć z ulgą, a wydawca drukowanego magazynu o grafice komputerowej znowu może uczciwie zarabiać na utrzymanie. Genialne, prawda?

Odkrycie to wypadałoby zadedykować naszym politykom, którzy najwyraźniej nie rozumiejąc kompletnie w co nas i siebie samych wpakowali, karmią nas od rana do wieczora rozbrajającymi zapewnieniami że „nie zamierzają cenzurować internetu”, wolności internautów nie są zagrożone, a prawo nie będzie zmieniane.

Hubert H. i kije samobije

No właśnie – a jak to jest z tym prawem? Okazuje się, że porozumienie ACTA jest skonstruowane tak perfidnie, że rzeczywiście trudno postawić bezpośredni zarzut nie tylko cenzurowania, ale także zmiany prawa. ACTA zobowiązuje raczej władze do interpretowania istniejących już przepisów w kierunku wskazanym przez zapisy umowy. Co to znaczy w praktyce?

Prawo jest bardzo elastyczne, pamiętacie jeszcze sprawę Huberta H.? W ramach tych samych przepisów, wypowiedziana pod wpływem alkoholu niepochlebna opinia o prezydencie może skończyć się zwróceniem uwagi, albo - równie dobrze - wielotygodniowym pościgiem policyjnym i zawleczeniem delikwenta przed sąd. „Jak się chce psa uderzyć, kij się znajdzie” mówi stare polskie przysłowie. A międzynarodowa ACTA dodaje teraz: „skończyło się chce lub nie chce – zobowiązaliście się tłuc!

Elektryczny zmysł rekina

Ktoś mógłby powiedzieć, że wobec takiego zamętu wszyscy są zagrożeni w podobnym stopniu – również tradycyjny biznes wydawniczo-rozrywkowy. Zauważmy jednak, że po jednej stronie trawiącego internetową scenę konfliktu stoją najczęściej wielkie korporacje i okrzepłe, silne przedsiębiorstwa korzystające z pomocy najlepszych prawników, dysponujące środkami pozwalającymi udźwignąć ciężar ewentualnej przegranej. Z drugiej strony mamy z reguły podmioty o minimalnych możliwościach przetrwania tego typu ataku, będące łatwym łupem grubych ryb, którym na rękę (czy raczej na płetwę?) jest mącenie wody przy pomocy zapisów ACTA.

Rekiny jak wiadomo znakomicie radzą sobie podczas polowania w mętnej wodzie, wykorzystując nie tylko wzrok, ale również dodatkowe zmysły. Jest wśród nich nawet rodzaj specjalnego, wyjątkowo czułego zmysłu elektrycznego, pozwalającego na obieranie celów ataku już z odległości kilku kilometrów. Autorzy porozumienia także zdają się gustować w takim środowisku. Mało było zamieszania jakie wprowadzają niemożliwe do spełnienia wymogi dotyczące prewencyjnego monitorowania treści. Nie wystarczyło zagmatwanie zasad represjonowania rzekomych nadużyć, które wyłączono spod rygorów uczciwej oceny i procesu sądowego, zapominając o zasadzie domniemania niewinności. Zapisy ACTA wytwarzają obszar olbrzymiej niepewności także dzięki rażącemu brakowi precyzji, dopuszczającemu zastanawiająco szeroką dowolność interpretacyjną. W otoczeniu tym nikt nie może się czuć bezpieczny i nikt nie może być pewien, że postępuje zgodnie z zasadami gry, te bowiem wymykają się próbom uchwycenia i skonkretyzowania.

W tej mętnej wodzie nie da się przewidzieć, z której strony przyjdzie atak. ACTA nie zaostrza prawa autorskiego, lecz rozmywa praktykę stosowania go w taki sposób, aby utrzymywać rynek wymiany własności intelektualnej w stanie permanentnej niepewności i szantażu. Usiłujące połapać się w tym środowisku płotki poruszają się w wodzie nie tylko mętnej, ale i usianej gęsto minami w postaci treści objętych ochroną z tytułu praw autorskich. Przetrwanie lub wyeliminowanie dowolnego uczestnika takiego "rynku" zależy bardziej od kaprysu właścicieli pola minowego, czyli wydawniczo-rozrywkowego kartelu, niż od litery prawa i woli państwa.


Wszystko to nie dowodzi rzecz jasna, że mamy do czynienia ze spiskiem rekinów, które stwierdziwszy, że mają już zbyt krótkie ręce (płetwy?) aby utrzymywać na wodzy rynek dystrybucji własności intelektualnej, wykorzystały ostatni odwód – czyli osobiste koneksje - i zaangażowały w ratowanie swej słabnącej pozycji ręce polityków i aparat państwowy.

Być może to czysty przypadek, że zapisy ACTA uderzają niemal wyłącznie w jedną ze stron batalii o model dystrybucji własności intelektualnej, stwarzając wymarzone warunki do eliminowania z rynku niewygodnych konkurentów? Może tylko przez przypadek konsekwencje zapisów ACTA układają się w logiczny zespół warunków prowadzących do ograniczania bezpłatnego dostępu do treści i spychających nasze kulturowe i medialne otoczenie na stare tory, oddając je ponownie pod kontrolę dawnych włodarzy wydawniczo-rozrywkowego imperium?

Przypadek to czy nie – porozumienie może mieć skutki katastrofalne dla niemal wszystkich dziedzin życia, ograniczając rozwój konkurencji, przedsiębiorczości, wymianę informacji i dostęp do dóbr kultury. ACTA ma szansę przywrócić i zabetonować na bardzo długo stare, pochodzące z poprzedniej, industrialnej epoki układy rządzące rynkiem dystrybucji wiedzy, informacji i własności intelektualnej. Piractwo i podróbki to dla gospodarki oczywiście problem, jego skala nie może być jednak w żadnym stopniu porównywana ze spustoszeniem, jakiego możemy być wkrótce świadkami za sprawą wejścia w życie zapisów ACTA.

No właśnie - prawa autorskie! Zapomnieliśmy przecież o najważniejszym: nie odpowiedzieliśmy na postawione w tytule artykułu pytanie...

Cóż, jeśli ktoś jeszcze nie odpowiedział sobie na nie sam, jeżeli macie wątpliwości czy prawa autorskie są dla autorów ACTA celem, czy może tylko sprytnie wykorzystanym narzędziem mającym pomóc w przywróceniu i utrwaleniu starych układów, proponuję wrócić do naszego przykładu z bezpłatnym fontem, który po wejściu w życie zapisów ACTA ma szansę zniknąć z sieci, podobnie jak informujący o nim serwis, robiąc miejsce płatnym wydawnictwom i produktom.

Ale... zaraz zaraz! ACTA działa, chociaż nie było żadnego naruszenia praw autorskich? Jak to?

Coś tu śmierdzi rybą!

Łukasz Łukasiewicz
redakcja Signs.pl


REKLAMA

Komentarze

Zaloguj się i dodaj komentarz
avatar użytkownika
,

amen

avatar użytkownika
,

Brawo Łukaszu, popieram w 100%!

avatar użytkownika
,

Pomijając wszelkie inne kwestie te przepisy tworzą syndykat w którym po jednej stronie są organizacje i firmy czerpiące korzyści ze sprzedaży muzyki, oprogramowania, książek i innych a z drugiej cała reszta potencjalnych złodziei i oszustów - którzy będą karani za podejrzenie wykorzystania czyjegoś dzieła. A co w przypadku kiedy ten właśnie potentat sprzedaje płyty artysty, który 10 lat temu dokonał plagiatu i utwór ten znajduje się sieci sprzedaży danego potentata? Zgodnie ACTA taka firma powinna być zamknięta, skazana i zniknąć z powierzchni ziemi, będzie tak? Nie wierzę.

avatar użytkownika
,

Myślę, że chłopcy z Syndykatu mogą spać spokojnie - przez dziesiątki lat ich monopolu zdążyli zdominować i zaminować tak znaczne obszary naszego otoczenia, że takie przypadki będą stanowić zaniedbywalny wyjątek od reguły. Może nawet jakaś pojedyncza firma na tym ucierpi, ale po Syndykacie spłynie to jak po kaczce.   

,

Świetny artykuł. Chyba najbardziej przemyślany i konstruktywny wywód, który ostatnio przeczytałem w sprawie ACTA.
Miejmy tylko nadzieję, że nie dojdzie do ratyfikacji, zarówno na poziomie Polski jak i EU.

avatar użytkownika
,

Łukasz - napisz jeszcze że szczegółowo analizowałeś zapisy ACTA i przyklasnę... W tej sprawie przeszkadza mi to że wszędzie słyszę wyłącznie oddolne opinie. Nikt nie powołuje się na ten czy inny zapis i to mi trochę cuchnie właśnie. A tak jak miałbym wybierać, bo akurat fonty tworzę, to wolałbym jednak wyłącznie komercyjne tworzyć...

avatar użytkownika
,

Leszek, z tym dokumentem jest niestety tak, że chyba ważniejsze jest to czego w nim brakuje niż to co w nim jest. Kilka spraw, które podnoszone są w dyskusjach o ACTA pada w tekście wprost - jak choćby zapisy dotyczące stosowania "środków tymczasowych" na zasadzie domniemania winy i bez wysłuchania obwinionego, czy też sprawy związane z ujawnianiem danych osobowych.

Większość wątpliwości budzi jednak brak rozstrzygnięć powodujący, że wszyscy uczestnicy rynku pozostają w stanie permanentego zagrożenia sankcją cywilnoprawną lub nawet karną. I ja na to zwracam w tekście uwagę, tu jest sendo, bo moim zdaniem skala tego niedoprecyzowania nie jest przypadkowa, a jej konsekwencje uderzają w bardzo konkretny obszar rynku - akurat ten, który nie na rękę jest wielkim korporacjom przemysłowym. I mówię tu o legalnym rynku, a nie o piratach.

Sam prowadzisz serwis o typografii, zapraszając ludzi do pochwalenia się w nim własnymi dokonaniami. Moim zdaniem wyczerpujesz już w ten sposób choćby zapis mówiący, że masz w takim wypadku "uzasadnione podstawy, aby wiedzieć, że czyn ten spowoduje, umożliwi, ułatwi lub ukryje naruszenie jakichkolwiek praw autorskich lub praw pokrewnych"... Dobre?

Czy analizowałem zapisy szczegółowo - cóż, na tyle na ile umiałem, natomiast posiłkowałem się rzecz jasna także opiniami fachowców, - choćby prawników reprezentujących konfederację Lewiatan (mowa naturalnie o analizie dokumentu, a nie o konkluzjach i uwagach z zakresu ichtiologii, za które odpowiadam ja sam :-).
  

avatar użytkownika
,

skoro już są wyroki w takiej sprawie
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,11037752,Kary_za_robienie_podobnych_zdjec___Szalony_wyrok_sadu_.html?lokale=kielce
to każdy jest podejrzany i coś mu za to skonfiskujemy.
  

avatar użytkownika
,

Dla mnie znakomitym przykładem rozjaśniającym wątpliwości czy ACTA może narzucać coś w kwestiach prawa czy nie może, jest słynna już sprawa blogera, który został początkowo skazany przez sąd w Tarnowie za wpis użytkownika szkalujący lokalnego burmistrza. Na podstawie obowiązujących w Polsce przepisów sąd w Tarnowie uznał, że właściciel bloga ma obowiązek prewencyjnego cenzurowania treści i nie pomogło, że facet usunął post błyskawicznie po jego pojawieniu się na stronie.

Wyrok ten był szeroko komentowany, wskazywano że jest niezgodny z tendencjami w prawie unijnym i stanowi zagrożenie dla wolności słowa, zaś postępowanie monitorowane było przez Obserwatorium Wolności Mediów Fundacji Helsińskiej. Wątpliwości te podzielił sąd apelacyjny w Krakowie, uwalniając ostatecznie blogera od odpowiedzialności na bazie TYCH SAMYCH PRZEPISÓW, które sąd w Tarnowie wykorzystał aby delikwenta skazać.

Na tym przykładzie łatwiej dostrzec na czym polega rola ACTA, które to porozumienie zobowiązuje po prostu polski wymiar sprawiedliwości do interpretowania przepisów w określony sposób. Teraz, w sprawach o naruszenie praw autorskich, sąd nie będzie już mógł interpretować prawa na korzyść blogera, właściciela forum i wydawcy internetowego. Polska zobowiązała się właśnie do rozstrzygania takich dwuznaczności prawa w sposób wygodny dla określonej grupy interesów, a rujnujący dla nas gospodarczo i cywilizacyjnie.
  

avatar użytkownika
,

O ile sprawa oprze się o sąd byłoby fajnie - w obecnej chwili podejrzenie = tak naprawdę kara. Co z tego, że że taki delikwent oczyści się w sądzie po kilku latach jak cała praca, którą wykonał jest zniszczona. W sumie wygląda to jak działalność naszego US w sprawie JTT czy Optimusa. Cóż z tego, że okazało się iż są niewinni skoro jedynie podejrzenie urzędników wystarczyło, aby położyć na łopatki 2 największe firmy z branży w kraju.  

avatar użytkownika
,

Porównanie do Optimusa i JTT bardzo trafne, dla mnie jednak największe zagrożenie i draństwo to nie tyle łatwość niszczenia konkurentów, co właśnie ten stan ciągłego zagrożenia powodujący, że ludzie będą skłonni sami niszczyć to co robią - dla świętego spokoju. Wracając do przykładu tarnowskiego: dotychczas (poza przypadkami takimi jak w Tarnowie) sądy orzekały u nas przychylając się do wersji, że winien jest ten "który wiedział" o przestępstwie, co oznacza, że wydawca nie musi prewencyjnie cenzurować swoich wydawnictw.

ACTA w zakresie odpowiedzialności cywilno-prawnej idzie krok dalej i mówi "wiedział lub miał wystarczające podstawy, aby wiedzieć" - co już stwarza olbrzymie pole do dowolnej interpretacji, bo co to znaczy "wystarczające podstawy"?

Natomiast w zakresie odpowiedzialności karnej, która - o ile mi wiadomo - w ogóle w Polsce nie była włączana wobec wydawcy czy innego "pośrednika", np. dostawcy internetowego - tutaj ACTA idzie moim zdaniem najdalej, bo ustęp zacytowany Leszkowi sprawia iż sam fakt prowadzenia serwisu czy udostępniania hostingu dla takiego przedsięwzięcia jest właściwie z góry penalizowany. Skoro nie mam szans uniknąć sytuacji, że jakieś publikowane u mnie treści mogą stać się przedmiotem czyichś roszczeń, a do włączenia odpowiedzialności wystarczy sama wiedza że tak się *może* stać - to de facto mamy do czynienia z permanentnym grożeniem odpowiedzialnością karną, co o ile wiem zagrożone jest (a może już tylko było?) karą pozbawienia wolności do lat 3...
  

avatar użytkownika
,

Mimo wszystko myślę, że sprawa jest trochę przedemonizowana choć może po prostu nie umiem sobie wyobrazić realności tak absurdalnych orzeczeń (odnośnie Twojego przykładu) A co w sytuacji gdy "niechcący" przekażę dzieło klientowi z wadą prawną - klient też będzie odpowiadał mimo odpowiedniego zapisu w umowie o dzieło? Po prostu w takie szaleństwo nie chce mi się wierzyć...
Tu jest trochę opinii prawnika http://wiadomosci.onet.pl/raporty/protest-przeciw-umowie-acta/acta-w-pytaniach-i-odpowiedziach,1,5010713,wiadomosc.html
  

avatar użytkownika
,

Wyobraźnia, wiara, prawdopodobieństwo itp. fajne sprawy to jednak trochę mało aby spać spokojnie mając na karku takie zapisy jak choćby ten przytoczony poprzednio.

Podałem konkretny przykład gdy polski sąd wydał tak absurdalne orzeczenie jeszcze bez udziału ACTA. Porozumienie stwarza natomiast warunki, aby absurdy takie stały się nie wyjątkiem, lecz obowiązującą wykładnią. Zafundowanie nam warunków, w których musimy zadowalać się zapewnieniami typu "cenzura prewencyjna nie wydaje się prawdopodobna" to zwykłe draństwo - i zasługuje aby je nazwać po imieniu.
  

avatar użytkownika
,

Jeszcze jedna ważna rzecz: pytasz i zastanawiasz się "jak będzie". A tym panom nie chodziło o to jak faktycznie będzie, bo nikt przecież nie będzie w stanie ścigać i likwidować dziesiątków tysięcy serwisów i usług internetowych. Oni chcieli żebyś pamiętał "jak może być" - i odpuścił sobie np. prowadzenie swojego serwisu.  

avatar użytkownika
,

Ok. Łukasz, ja nie staję tu w roli Twojego adwersarza bo zwyczajnie, wręcz wyjątkowo mam w tej sprawie problem. Przeczytałem już całą masę różnych opinii i sedno jest dla mnie, w odróżnieniu od Ciebie, wciąż niejednoznaczne. Co rusz potykam się o jakiś argument jednej, bądź drugiej strony, z którym nie umiem sobie poradzić. Twój pogląd znałem już przecież wcześniej - to było jeszcze przed tym zamieszaniem i wtedy pewne "wolnościowe" zdobycze internetu wydawały się czymś nie do odwrócenia. Teraz już tak nie myślę nie mniej wątpliwości co do słuszności całego tego dymu wciąż mam  

avatar użytkownika
,

Hej, odpowiadam w nowym wątku bo nam się szerokość kończy ;-)  

avatar użytkownika
,

@Salomon: Leszek, ja nie mam monopolu na prawdę ani dowodów na spisek, dlatego także staram się śledzić opinie i dyskusje. Zniechęcające jest jednak to, że obrońcy tego dokumentu tak wiele czasu marnują na walkę z wiatrakami, omijając zręcznie sedno problemu i obalając dzielnie na oczach skołowanej publiczności argumenty i wątpliwości, których nikt rozsądny w ogóle nie podnosi.

Usiłuje się uśpić klasową czujność żonglując stale frazesami typu „ACTA nie zmienia prawa”, „prawo autorskie już jest bardziej restrykcyjne niż ACTA”, „nie będziemy odcinać indywidualnych internautów od sieci” itp. podczas kiedy prawdziwe obawy dotyczą zupełnie innych kwestii. W ten sposób można skutecznie ogłupiać ludzi dowodząc, że porozumienie przecież nie będzie miało wpływu na plony rzepaku i buraka cukrowego, a już na pewno nie wpłynie na stan wód gruntowych. No bo wpłynie? Jasne, że nie! Więc nie ma się czego bać...

Jak się ogląda popisy ignorancji rządzących albo rozbrajające wyznania posłów opozycji, którzy głosowali za ACTA w PE „bo często nie wiedzą za czym głosują”, to trudno oprzeć się refleksji, że jakiś wyjątkowo gruby i wyjątkowo niesympatyczny mieszkaniec – no powiedzmy Beverly Hills – z wyjątkowo grubym cygarem w zębach mógłby wpaść na pomysł aby wykorzystać tę nieprawdopodobną ignorancję, naiwność i niedbalstwo polityków (nie tylko naszych zresztą) do własnych celów...

Ale są i dobre wieści: mam radę, dzięki której w mig połapiesz się o co w tym wszystkim chodzi: przestań tylko mierzyć wszystkich swoją miarką! Dopóki będziesz tak robił, dopóty będziesz kręcił głową z niedowierzaniem powtarzając: „Nieee - to przecież niemożliwe!”. Po pierwsze – szkoda brudzić miarkę ;-)

avatar użytkownika
,

skoro więc wszystkie te zapisy już są w prawie to po co ta cała ACTA?
patrząc na to z dystansu to sprowadzenie naruszeń praw autorskich do terroryzmu wg USA bo przecież podejrzany o terroryzm jest bez prawa do obrony wywożony gdzieś na Kubę i teraz dołączają do nich potencjalni złodzieje praw autorskich. Nieważne czy jest winny czy nie. Szkoda tylko, że był problem z ekstradycją podejrzanego o zlecenie zabójstwa mazura z usa do polski i pewnie setki podobnych.
Nie wspominając już o samym trybie przeprowadzania tej ustawy przez różne instytucje a o stanowisku polskiego rządu szkoda nawet rozmawiać.
  

avatar użytkownika
,

E tam Mazur - sprawa Brytyjczyka, Richarda O’Dwyera to jest dopiero bomba. Facet stworzył serwis TVShack, w którym użytkownicy mogli zamieszczać linki do stron umożliwiających oglądanie lub ściąganie programów z kanałów TV. Sam nie udostępniał żadnych plików, ale czeka już na ekstradycję do USA, gdzie grozi mu 10 lat więzienia, chociaż w świetle prawa brytyjskiego ***nie popełnił żadnego przestępstwa***. Mimo to brytyjski sąd wspaniałomyślnie zgodził się wydać chłopaka grubasom z Beverly Hills...  

avatar użytkownika
,

No to jeśli mam ostatnią radę wziąć serio to jestem trafiony i zatopiony :) Tak, mierzę ZAWSZE swoją miarką bo innej nie mam. Źle bym się zresztą czuł usiłując posłużyć inną. Ale wracając do tego sedna i otoczki - powiem szczerze nie podobają mi się obie strony tych zmagań, podskórnie przeczuwam, że za sprawą kretyńskich polityków i jeszcze bardziej kretyńskich mediów w obu przypadkach jakieś dziecko zostanie wylane z kąpielą. Żyjemy w czasach zachowań tłumnych acz niekoniecznie rozumnych. Może już za stary jestem żeby się przyłączać do gawiedzi większej niż 1000 osób i niestety widzę to tak - z jednej, pewne grupy nacisku, niekoniecznie z wyjątkowo grubym cygarem, zapluty karzeł.reakcji... (Łukasz - na boga! toż mi się lata 50 -te przypominają, których przecież nie mogę pamiętać:)) z drugiej — tabuny "wolnej amerykanki" w necie - jednak... Prawda pewnie gdzieś po środku ale póki co ja jej nie widzę...  

avatar użytkownika
,

Właśnie - zapomniałem dodać, że ten niemiły grubas lubi czasem zakładać cylinder w "pasy i gwiazdy" ;-)

Oczywiście żartuję - nie byłem nigdy w Beverly Hills i nie wiem czy to ten grubas w cylindrze i z cygarem stanowi "grupę nacisku". Wprawdzie jak pokazuje przykład Richarda O’Dwyera Amerykanie gotowi są wydawcom internetowym zafundować bezpłatny przelot na ich terytorium, ale niekoniecznie w ciepłe rejony Kalifornii, więc nawet jeśli mnie to kiedyś spotka, nie mam gwarancji, że osobiście rozwikłam tę zagadkę.

A mówiąc jeszcze poważniej - wszyscy jesteśmy skołowani tą sprawą, bo gruchnęła jak grom z jasnego nieba. Nie mam innego instrumentarium jak tylko prześledzić możliwe efekty, zobaczyć kto na tych zapisach straci, a kto zyska i sprawdzić, czy nie pokażą się tu jakieś prawidłowości sugerujące gdzie szukać odpowiedzi. To jest dla mnie podstawa. Owszem - słucham dyskusji, ekspertów itd., ale staram się nie ulegać szufladkowaniu na "karłów reakcji i amerykańskich podżegaczy wojennych" z jednej strony, a tabuny "wolnej amerykanki" z drugiej.

No - ale powiedzmy sobie szczerze - dlaczego do cholery po obu stronach znowu stoją ci Amerykanie?!! ;-)
  

Najnowsze w tym dziale

HP zaprasza na wirtualne pokazy urządzeń Graphics Solutions Business
Centra HP Graphics Experience w Barcelonie, Atlancie i Singapurze zapraszają na bezpłatne, wirtualne demonstracje całej gamy urządzeń i drukarek z serii HP Graphics Solutions Business. Maic Hengemuehle, Worldwide Manager, HP Graphics Experience Centers, przybliża ideę tych wirtualnych prezentacji.
Alfabet Wyceniania: komentarz Aleksandry Tulibackiej
Rozbieżność w wynikach ankiet – zarówno jeśli chodzi o wyceny logo, jak i poszczególnych elementów identyfikacji wskazują na smutne i niestety proste do przewidzenia wnioski – o pieniądzach i samym wycenianiu rozmawiamy zdecydowanie za mało.
Alfabet Wyceniania: komentarz Tomasza Bilaka
Lubię to co robię, projektowanie sprawia mi przyjemność. Jednak nie robię tego za darmo, więc temat kosztorysowania jest dla mnie ważny. Alfabet Wyceniania to świetna okazja do rozpoczęcia dyskusji na ten temat.
Jak rośnie e-commerce w czasach pandemii?
Każdy kryzys zawsze stanowi szansę dla wielu przedsiębiorstw niezależnie od proponowanych usług. Zdecydowana większość kluczowych sektorów światowej gospodarki w ostatnich miesiącach musi mierzyć się z pandemią wirusa, jednocześnie odczuwając jej skutki biznesowe. To, co dla jednych stało się poważnym, wielopłaszczyznowym zagrożeniem, inni wykorzystali jako...
Czarne owce PR - komentarz do artykułu Gazety Wyborczej
Trzeba stanowczo podkreślić, że rzecznik nie ma prawa nikogo dyskredytować. Jeśli to czyni, nie można go nazwać profesjonalistą - zarząd PSPR komentuje dla Gazety Wyborczej sprawę rzecznika prasowego szkalującego dziennikarkę i polityka.
 
Signs.pl - Polska Reklama i Poligrafia © 1997-2020 ICOSWszystkie prawa zastrzeżone. ISSN 2657-4764