Czy w ACTA chodzi o prawa autorskie? fot. Rick Hawkins
Zmierzch epoki przemysłowej zapowiadał koniec monopolu na dystrybucję
własności intelektualnej. Upowszechnienie dostępu do internetu
przyniosło w tej dziedzinie rewolucyjną zmianę: dystrybucja treści stała
się możliwa bez udziału nośników, których wytwarzanie i sprzedaż
kontroluje biznes oparty o drukarnie, tłocznie płyt, nadajniki i
rozbudowane zaplecze logistyczne. W krótkim czasie cała ta machina
zaczęła być anachroniczna. Internet pozwolił twórcom na docieranie do
odbiorców i fanów z ominięciem pośrednictwa tradycyjnych wydawców.
ACTA nie zaostrza prawa autorskiego, lecz rozmywa praktykę stosowania go w taki sposób, aby utrzymywać rynek wymiany własności intelektualnej w stanie permanentnej niepewności i szantażu. Usiłujące połapać się w tym środowisku płotki poruszają się w wodzie nie tylko mętnej, ale i usianej gęsto minami w postaci treści objętych ochroną z tytułu praw autorskich. Przetrwanie lub wyeliminowanie dowolnego uczestnika takiego "rynku" zależy bardziej od kaprysu właścicieli pola minowego, czyli wydawniczo-rozrywkowego kartelu, niż od litery prawa i woli państwa.
To się nie mogło dobrze skończyć: konflikt był nieunikniony. Jesteśmy
dziś świadkami zaogniającego się starcia dwóch modeli biznesowych,
radykalnie różniących się podejściem do zasad dystrybucji własności
intelektualnej. To prawdopodobnie jedno z najważniejszych przesileń
decydujących o przyszłym kształcie nie tylko kultury masowej, ale także
całego otoczenia kulturowego, społecznego i cywilizacyjnego.
Tradycyjny przemysł nadal stara się wytwarzać i sprzedawać na masową skalę nośniki treści. Dzięki bardzo limitowanemu dostępowi do
środków ich produkcji i dystrybucji (prasa, płyty, sygnał TV) biznes
ten do niedawna skutecznie realizował model finansowania bazujący na
opłatach nakładanych na użytkownika końcowego.
Mandat do obarczania opłatami końcowego odbiorcy wyczerpuje się jednak
tym wyraźniej, im więcej przybywa nowych, alternatywnych przedsięwzięć
oferujących bezpłatny dostęp do treści. Choć najczęściej nieporównanie
słabsze ekonomicznie, projekty te okazały się jednak zdolne zagrozić
interesom rozrywkowo-medialnego establishmentu, odbierając mu nie tylko
część klienteli, ale także zmieniając spojrzenie odbiorców na problem
kosztów dostępu do własności intelektualnej.
I chociaż pomimo badań pokazujących zdecydowaną niechęć internautów do
płacenia za treści sprzedaż tych ostatnich rośnie, jest oczywiste, że
nie jest to wzrost satysfakcjonujący tradycyjnych wydawców, próbujących
swych sił w środowisku internetowym. Alternatywne przedsięwzięcia
wydawnicze – niekomercyjne albo bazujące na finansowaniu wyłącznie przez
reklamodawców i sponsorów - stanowią dziś realną siłę ekonomiczną,
ograniczającą możliwości sprzedaży w internecie produktów i treści
finansowanych z kieszeni odbiorcy końcowego.
Światy równoległe
O tym jak postrzegane są przez tradycyjnych wydawców przedsięwzięcia
oferujące bezpłatny dostęp do treści miałem okazję przekonać się
osobiście, przy okazji dyskusji z szefem jednego z uznanych tytułów
drukowanych poświęconych grafice komputerowej. Wprawdzie magazyn ten był
zainteresowany odpłatnym reklamowaniem naszego portalu na swych łamach,
ale już współpraca z tym wydawnictwem okazała się niemożliwa.
Wyjaśniono mi, że reprezentowany przeze mnie model biznesowy godzi w
najbardziej żywotne interesy tradycyjnych wydawców, którzy przez takich
jak ja nie mogą już uczciwie zarobić na swoje utrzymanie. Fakt, że nasz
serwis nie pobiera opłat za dostęp do treści został mi wytknięty w taki
sposób, że poczułem się potraktowany niemal jak przestępca albo pirat.
Konfrontację tą przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Oprócz zaskoczenia i
niedowierzania było coś jeszcze. Zacząłem rozumieć, że pewna część
tradycyjnych wydawców nie dostosuje się nigdy do nowych warunków nie
dlatego, że nie może, ale dlatego, że nie chce! Nowe, cyfrowe otoczenie
stanowi w ich mniemaniu zamach nie tylko na fundamenty biznesu, ale
wręcz – na podstawy systemu wartości.
Przyszło mi wówczas na myśl pytanie, czy znajdujący się w tym gronie
światowi potentaci, dysponujący olbrzymim majątkiem, wpływami,
koneksjami – czy całe to korporacyjne towarzystwo będzie się spokojnie przyglądać
rozpadowi swego imperium? Jak daleko mogą się posunąć aby utrzymać
status quo? Odpowiedź przyszła szybciej niż mogłem się spodziewać – wraz
z wypłynięciem na forum publiczne nowego pojęcia: ACTA.
ACTA – witajcie na widelcu!
Co ACTA ma wspólnego z konfliktem konkurencyjnych pomysłów na
finansowanie dystrybucji własności intelektualnej? Gdy tylko
przeanalizujemy w kogo uderzają, a kogo faworyzują zapisy porozumienia,
sytuacja zacznie się szybko klarować. Dokument wymusza przede wszystkim
taki kierunek interpretacji przepisów krajowych, który w niespotykany
wcześniej sposób rozszerza zasady odpowiedzialności za naruszenia praw
autorskich. Rozszerzenie to dotyka najboleśniej media bazujące na
treściach generowanych przez użytkowników – a więc niemal wyłącznie
przedsięwzięcia oparte o bezpłatny dostęp do treści.
Zapisy umowy są tak skonstruowane, że praktycznie nie ma możliwości, aby
zapewnić sobie spokojny sen. Obowiązująca dotychczas zasada, że wydawca
ponosi odpowiedzialność za treści naruszające prawo tylko wówczas, gdy o
takim naruszeniu wiedział i odmówił interwencji, idzie w odstawkę. W
jej miejsce zostaje postawiony wymóg prewencyjnego monitorowania treści
zamieszczanych przez użytkowników i ich oceny pod kątem możliwych
naruszeń praw autorskich. Jest on z oczywistych względów niewykonalny.
Nie ma takiego zespołu ekspertów, który dałby komukolwiek gwarancję, że
takie czy inne treści zaanonsowane w serwisie, podlinkowane podczas
dyskusji na forum itp. nie staną się za jakiś czas przedmiotem czyichś
roszczeń.
„Na widelcu” zostają w ten sposób wystawieni nie tylko wydawcy, ale
wszyscy uczestnicy rynku wymiany treści objętych prawem autorskim –
także twórcy i odbiorcy nie mogą być pewni „dnia ani godziny”. Każdy, w
każdej chwili i z byle powodu może zostać „odstrzelony”, stając się
ofiarą represji mających zabezpieczyć czyjeś rzekome prawa lub pokryć
rzekome straty.
Upadek Rzymu i domniemanie winności
Jakiej winności! - zapytacie? Podstawowa zasada państwa prawa, sięgająca
korzeniami jeszcze prawa rzymskiego, to przecież domniemanie niewinności!
- Noo... może i tak było - przyznają Wam autorzy ACTA niechętnie. - Ale
teraz już nie będzie! - dodadzą szybko, ucinając dyskusję. Rzym upadł
już dawno temu, no nie?
Drugi bulwersujący aspekt zapisów ACTA wiąże się właśnie z określeniem
„rzekome”. ACTA narzuca taką wykładnię przepisów, aby dla uruchomienia
represji nie było konieczne udowodnienie naruszenia prawa, a nawet
wysłuchanie obwinionego! Wystarczy „domniemanie” aby bez sądu i
rzetelnej oceny sytuacji przystąpić do stosowania „szybkich środków
tymczasowych”, wśród których znajdziemy m. in. „konfiskatę lub innego
rodzaju przejęcie kontroli nad podejrzanymi towarami oraz nad
materiałami i narzędziami związanymi z naruszeniem”.
Czarodzieje z Hollywood?
Podsumujmy dotychczasowe spostrzeżenia ilustrując je przykładem. Grafik
zaprojektował krój pisma i wygenerował fonty, które udostępnił w sieci
opatrując licencją typu freeware. Użytkownicy portalu takiego jak nasz
wymienili na jego łamach informację o foncie, zamieszczając link i
pobierając zgodnie z prawem i postanowieniami licencji oprogramowanie na
własny komputer. I co? Po podpisaniu przez Polskę umowy wszyscy po
kolei: autor fontu, dostawcy usług internetowych, właściciel serwisu,
nawet użytkownicy pobierający pliki – wszyscy narażeni są na kłopoty
jeżeli za kilka lat okaże się, że np. któryś z domów typograficznych
dopatrzy się zbytniego podobieństwa do jednego z komercyjnych krojów i
oskarży autora projektu o plagiat.
Efekty ryzyka, jakie dla wszystkich tych stron stwarzają zapisy ACTA są łatwe do przewidzenia:
-
Autor fontu zastanowi się 10 razy zanim zaryzykuje udostępnienie czegokolwiek.
-
Z tych samych powodów wydawca serwisu mocno zastanowi się czy warto
prowadzić przedsięwzięcie zamienione przez zapisy ACTA w rodzaj
tykającej bomby, mogącej w dowolnym momencie doprowadzić go do
bankructwa.
-
Być może w podjęciu decyzji zechce wydawcy pomóc dostawca usług
internetowych, odmawiając z obawy o własne bezpieczeństwo hostowania
serwisu zawierającego forum dyskusyjne, blog lub pozwalającego na
zamieszczanie komentarzy.
-
Na koniec użytkownicy – nie każdy zechce ryzykować, że zostanie uwikłany
w śledztwa i procesy, a jego dane wylądują
w rękach prywatnych firm i ludzi, o których wiadomo tylko tyle, że
zgłosili domniemanie naruszenia rzekomych praw autorskich... Niektórzy
zdecydują się dla świętego spokoju na zakup produktów komercyjnych.
Czary! - zakrzyknie ktoś w uniesieniu, zauważając w jak logiczny ciąg
konsekwencji obraca się sposób interpretowania prawa narzucony przez
ACTA. Krok po kroku rzeczywistość wraca na stare, dobre (dla
tradycyjnego kartelu biznesowego) koleiny – i to bez żadnej
odgórnej cenzury, bez zmieniania krajowego prawa! Z rynku znikają treści
dostępne bezpłatnie, robiąc miejsce dla produktów finansowanych z
kieszeni odbiorcy. Producent komercyjnych fontów może odetchnąć z ulgą, a
wydawca drukowanego magazynu o grafice komputerowej znowu może uczciwie
zarabiać na utrzymanie. Genialne, prawda?
Odkrycie to wypadałoby zadedykować naszym politykom, którzy najwyraźniej
nie rozumiejąc kompletnie w co nas i siebie samych wpakowali, karmią
nas od rana do wieczora rozbrajającymi zapewnieniami że „nie zamierzają
cenzurować internetu”, wolności internautów nie są zagrożone, a prawo
nie będzie zmieniane.
Hubert H. i kije samobije
No właśnie – a jak to jest z tym prawem? Okazuje się, że porozumienie
ACTA jest skonstruowane tak perfidnie, że rzeczywiście trudno postawić
bezpośredni zarzut nie tylko cenzurowania, ale także zmiany prawa. ACTA
zobowiązuje raczej władze do interpretowania istniejących już przepisów w
kierunku wskazanym przez zapisy umowy. Co to znaczy w praktyce?
Prawo jest bardzo elastyczne, pamiętacie jeszcze sprawę Huberta H.? W
ramach tych samych przepisów, wypowiedziana pod wpływem alkoholu
niepochlebna opinia o prezydencie może skończyć się zwróceniem uwagi,
albo - równie dobrze - wielotygodniowym pościgiem policyjnym i
zawleczeniem delikwenta przed sąd. „Jak się chce psa uderzyć, kij się
znajdzie” mówi stare polskie przysłowie. A międzynarodowa ACTA dodaje
teraz: „skończyło się chce lub nie chce – zobowiązaliście się tłuc!”
Elektryczny zmysł rekina
Ktoś mógłby powiedzieć, że wobec takiego zamętu wszyscy są zagrożeni w
podobnym stopniu – również tradycyjny biznes wydawniczo-rozrywkowy.
Zauważmy jednak, że po jednej stronie trawiącego internetową scenę
konfliktu stoją najczęściej wielkie korporacje i okrzepłe, silne przedsiębiorstwa
korzystające z pomocy najlepszych prawników, dysponujące środkami
pozwalającymi udźwignąć ciężar ewentualnej przegranej. Z drugiej strony
mamy z reguły podmioty o minimalnych możliwościach przetrwania tego typu
ataku, będące łatwym łupem grubych ryb, którym na rękę (czy raczej na
płetwę?) jest mącenie wody przy pomocy zapisów ACTA.
Rekiny jak wiadomo znakomicie radzą sobie podczas polowania w mętnej
wodzie, wykorzystując nie tylko wzrok, ale również dodatkowe zmysły. Jest wśród nich nawet rodzaj specjalnego, wyjątkowo czułego zmysłu elektrycznego, pozwalającego na obieranie celów ataku już z odległości kilku kilometrów. Autorzy porozumienia także zdają się gustować w takim środowisku. Mało było zamieszania jakie wprowadzają niemożliwe do spełnienia wymogi
dotyczące prewencyjnego monitorowania treści. Nie wystarczyło zagmatwanie zasad
represjonowania rzekomych nadużyć, które wyłączono spod rygorów uczciwej
oceny i procesu sądowego, zapominając o zasadzie domniemania niewinności. Zapisy
ACTA wytwarzają obszar olbrzymiej niepewności także dzięki rażącemu
brakowi precyzji, dopuszczającemu zastanawiająco szeroką dowolność
interpretacyjną. W otoczeniu tym nikt nie może się czuć bezpieczny i
nikt nie może być pewien, że postępuje zgodnie z zasadami gry, te bowiem
wymykają się próbom uchwycenia i skonkretyzowania.
W tej mętnej wodzie nie da się przewidzieć, z której strony przyjdzie atak. ACTA nie zaostrza prawa autorskiego, lecz rozmywa praktykę stosowania go w taki sposób, aby utrzymywać rynek wymiany własności intelektualnej w stanie permanentnej niepewności i szantażu. Usiłujące połapać się w tym środowisku płotki poruszają się w wodzie nie tylko mętnej, ale i usianej gęsto minami w postaci treści objętych ochroną z tytułu praw autorskich. Przetrwanie lub wyeliminowanie dowolnego uczestnika takiego "rynku" zależy bardziej od kaprysu właścicieli pola minowego, czyli wydawniczo-rozrywkowego kartelu, niż od litery prawa i woli państwa.
Wszystko to nie dowodzi rzecz jasna, że mamy do czynienia ze spiskiem
rekinów, które stwierdziwszy, że mają już
zbyt krótkie ręce (płetwy?) aby utrzymywać na wodzy rynek dystrybucji
własności intelektualnej, wykorzystały ostatni odwód – czyli osobiste
koneksje - i zaangażowały w ratowanie swej słabnącej pozycji ręce
polityków i aparat państwowy.
Być może to czysty przypadek, że zapisy ACTA uderzają niemal wyłącznie w
jedną ze stron batalii o model dystrybucji własności intelektualnej,
stwarzając wymarzone warunki do eliminowania z rynku niewygodnych
konkurentów? Może tylko przez przypadek konsekwencje zapisów ACTA
układają się w logiczny zespół warunków prowadzących do ograniczania
bezpłatnego dostępu do treści i spychających nasze kulturowe i medialne
otoczenie na stare tory, oddając je ponownie pod kontrolę dawnych
włodarzy wydawniczo-rozrywkowego imperium?
Przypadek to czy nie – porozumienie może mieć
skutki katastrofalne dla niemal wszystkich dziedzin życia, ograniczając
rozwój konkurencji, przedsiębiorczości, wymianę informacji i dostęp do
dóbr kultury. ACTA ma szansę przywrócić i zabetonować na bardzo długo
stare, pochodzące z poprzedniej, industrialnej epoki układy rządzące
rynkiem dystrybucji wiedzy, informacji i własności intelektualnej.
Piractwo i podróbki to dla gospodarki oczywiście problem, jego skala nie może być jednak w żadnym stopniu porównywana ze spustoszeniem, jakiego możemy być
wkrótce świadkami za sprawą wejścia w życie zapisów ACTA.
No właśnie - prawa autorskie! Zapomnieliśmy przecież o najważniejszym: nie odpowiedzieliśmy na postawione w tytule artykułu pytanie...
Cóż, jeśli ktoś jeszcze nie odpowiedział sobie na nie sam, jeżeli macie wątpliwości czy prawa autorskie są dla autorów ACTA celem, czy może tylko sprytnie wykorzystanym narzędziem mającym pomóc w przywróceniu i utrwaleniu starych układów, proponuję
wrócić do naszego przykładu z bezpłatnym fontem, który po wejściu w
życie zapisów ACTA ma szansę zniknąć z sieci, podobnie jak informujący o
nim serwis, robiąc miejsce płatnym wydawnictwom i produktom.
Ale... zaraz zaraz! ACTA działa, chociaż nie było żadnego naruszenia praw autorskich? Jak to?
Coś tu śmierdzi rybą!
Łukasz Łukasiewicz
redakcja Signs.pl
Miejmy tylko nadzieję, że nie dojdzie do ratyfikacji, zarówno na poziomie Polski jak i EU.
| Zaloguj się i odpowiedz
Większość wątpliwości budzi jednak brak rozstrzygnięć powodujący, że wszyscy uczestnicy rynku pozostają w stanie permanentego zagrożenia sankcją cywilnoprawną lub nawet karną. I ja na to zwracam w tekście uwagę, tu jest sendo, bo moim zdaniem skala tego niedoprecyzowania nie jest przypadkowa, a jej konsekwencje uderzają w bardzo konkretny obszar rynku - akurat ten, który nie na rękę jest wielkim korporacjom przemysłowym. I mówię tu o legalnym rynku, a nie o piratach.
Sam prowadzisz serwis o typografii, zapraszając ludzi do pochwalenia się w nim własnymi dokonaniami. Moim zdaniem wyczerpujesz już w ten sposób choćby zapis mówiący, że masz w takim wypadku "uzasadnione podstawy, aby wiedzieć, że czyn ten spowoduje, umożliwi, ułatwi lub ukryje naruszenie jakichkolwiek praw autorskich lub praw pokrewnych"... Dobre?
Czy analizowałem zapisy szczegółowo - cóż, na tyle na ile umiałem, natomiast posiłkowałem się rzecz jasna także opiniami fachowców, - choćby prawników reprezentujących konfederację Lewiatan (mowa naturalnie o analizie dokumentu, a nie o konkluzjach i uwagach z zakresu ichtiologii, za które odpowiadam ja sam :-). | Zaloguj się i odpowiedz
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,11037752,Kary_za_robienie_podobnych_zdjec___Szalony_wyrok_sadu_.html?lokale=kielce
to każdy jest podejrzany i coś mu za to skonfiskujemy. | Zaloguj się i odpowiedz
Wyrok ten był szeroko komentowany, wskazywano że jest niezgodny z tendencjami w prawie unijnym i stanowi zagrożenie dla wolności słowa, zaś postępowanie monitorowane było przez Obserwatorium Wolności Mediów Fundacji Helsińskiej. Wątpliwości te podzielił sąd apelacyjny w Krakowie, uwalniając ostatecznie blogera od odpowiedzialności na bazie TYCH SAMYCH PRZEPISÓW, które sąd w Tarnowie wykorzystał aby delikwenta skazać.
Na tym przykładzie łatwiej dostrzec na czym polega rola ACTA, które to porozumienie zobowiązuje po prostu polski wymiar sprawiedliwości do interpretowania przepisów w określony sposób. Teraz, w sprawach o naruszenie praw autorskich, sąd nie będzie już mógł interpretować prawa na korzyść blogera, właściciela forum i wydawcy internetowego. Polska zobowiązała się właśnie do rozstrzygania takich dwuznaczności prawa w sposób wygodny dla określonej grupy interesów, a rujnujący dla nas gospodarczo i cywilizacyjnie. | Zaloguj się i odpowiedz
ACTA w zakresie odpowiedzialności cywilno-prawnej idzie krok dalej i mówi "wiedział lub miał wystarczające podstawy, aby wiedzieć" - co już stwarza olbrzymie pole do dowolnej interpretacji, bo co to znaczy "wystarczające podstawy"?
Natomiast w zakresie odpowiedzialności karnej, która - o ile mi wiadomo - w ogóle w Polsce nie była włączana wobec wydawcy czy innego "pośrednika", np. dostawcy internetowego - tutaj ACTA idzie moim zdaniem najdalej, bo ustęp zacytowany Leszkowi sprawia iż sam fakt prowadzenia serwisu czy udostępniania hostingu dla takiego przedsięwzięcia jest właściwie z góry penalizowany. Skoro nie mam szans uniknąć sytuacji, że jakieś publikowane u mnie treści mogą stać się przedmiotem czyichś roszczeń, a do włączenia odpowiedzialności wystarczy sama wiedza że tak się *może* stać - to de facto mamy do czynienia z permanentnym grożeniem odpowiedzialnością karną, co o ile wiem zagrożone jest (a może już tylko było?) karą pozbawienia wolności do lat 3... | Zaloguj się i odpowiedz
Tu jest trochę opinii prawnika http://wiadomosci.onet.pl/raporty/protest-przeciw-umowie-acta/acta-w-pytaniach-i-odpowiedziach,1,5010713,wiadomosc.html
| Zaloguj się i odpowiedz
Podałem konkretny przykład gdy polski sąd wydał tak absurdalne orzeczenie jeszcze bez udziału ACTA. Porozumienie stwarza natomiast warunki, aby absurdy takie stały się nie wyjątkiem, lecz obowiązującą wykładnią. Zafundowanie nam warunków, w których musimy zadowalać się zapewnieniami typu "cenzura prewencyjna nie wydaje się prawdopodobna" to zwykłe draństwo - i zasługuje aby je nazwać po imieniu. | Zaloguj się i odpowiedz Odp: Czy w ACTA chodzi o prawa autorskie?
Usiłuje się uśpić klasową czujność żonglując stale frazesami typu „ACTA nie zmienia prawa”, „prawo autorskie już jest bardziej restrykcyjne niż ACTA”, „nie będziemy odcinać indywidualnych internautów od sieci” itp. podczas kiedy prawdziwe obawy dotyczą zupełnie innych kwestii. W ten sposób można skutecznie ogłupiać ludzi dowodząc, że porozumienie przecież nie będzie miało wpływu na plony rzepaku i buraka cukrowego, a już na pewno nie wpłynie na stan wód gruntowych. No bo wpłynie? Jasne, że nie! Więc nie ma się czego bać...
Jak się ogląda popisy ignorancji rządzących albo rozbrajające wyznania posłów opozycji, którzy głosowali za ACTA w PE „bo często nie wiedzą za czym głosują”, to trudno oprzeć się refleksji, że jakiś wyjątkowo gruby i wyjątkowo niesympatyczny mieszkaniec – no powiedzmy Beverly Hills – z wyjątkowo grubym cygarem w zębach mógłby wpaść na pomysł aby wykorzystać tę nieprawdopodobną ignorancję, naiwność i niedbalstwo polityków (nie tylko naszych zresztą) do własnych celów...
Ale są i dobre wieści: mam radę, dzięki której w mig połapiesz się o co w tym wszystkim chodzi: przestań tylko mierzyć wszystkich swoją miarką! Dopóki będziesz tak robił, dopóty będziesz kręcił głową z niedowierzaniem powtarzając: „Nieee - to przecież niemożliwe!”. Po pierwsze – szkoda brudzić miarkę ;-) | Zaloguj się i odpowiedz
patrząc na to z dystansu to sprowadzenie naruszeń praw autorskich do terroryzmu wg USA bo przecież podejrzany o terroryzm jest bez prawa do obrony wywożony gdzieś na Kubę i teraz dołączają do nich potencjalni złodzieje praw autorskich. Nieważne czy jest winny czy nie. Szkoda tylko, że był problem z ekstradycją podejrzanego o zlecenie zabójstwa mazura z usa do polski i pewnie setki podobnych.
Nie wspominając już o samym trybie przeprowadzania tej ustawy przez różne instytucje a o stanowisku polskiego rządu szkoda nawet rozmawiać. | Zaloguj się i odpowiedz
Oczywiście żartuję - nie byłem nigdy w Beverly Hills i nie wiem czy to ten grubas w cylindrze i z cygarem stanowi "grupę nacisku". Wprawdzie jak pokazuje przykład Richarda O’Dwyera Amerykanie gotowi są wydawcom internetowym zafundować bezpłatny przelot na ich terytorium, ale niekoniecznie w ciepłe rejony Kalifornii, więc nawet jeśli mnie to kiedyś spotka, nie mam gwarancji, że osobiście rozwikłam tę zagadkę.
A mówiąc jeszcze poważniej - wszyscy jesteśmy skołowani tą sprawą, bo gruchnęła jak grom z jasnego nieba. Nie mam innego instrumentarium jak tylko prześledzić możliwe efekty, zobaczyć kto na tych zapisach straci, a kto zyska i sprawdzić, czy nie pokażą się tu jakieś prawidłowości sugerujące gdzie szukać odpowiedzi. To jest dla mnie podstawa. Owszem - słucham dyskusji, ekspertów itd., ale staram się nie ulegać szufladkowaniu na "karłów reakcji i amerykańskich podżegaczy wojennych" z jednej strony, a tabuny "wolnej amerykanki" z drugiej.
No - ale powiedzmy sobie szczerze - dlaczego do cholery po obu stronach znowu stoją ci Amerykanie?!! ;-) | Zaloguj się i odpowiedz